Widzę, że zaczynają się pojawiać komentarze. Niektórych nie rozumiem i
nie wiem czy są do mnie kierowane. Wpis o tym, że w Warszawie jest
znacznie łatwiej być Żydówką niż gdzieś tam w małej dziurze w Polsce bardzo
mnie początkowo dotknął. Ale uświadomiłam sobie, że rzeczywiście mam szczęście, mogąc chodzić na modły i spotykać innych Żydów w jakimś "żydowskim miejscu" jak "Barbuk", to taka knajpka na Twardej, czy podobne.
Ale wiara to nie wszystko. Jest jeszcze nadzieja, więc opowiem Wam trochę o Maćku. Nie wiem, czy 180 cm wzrostu, to dużo czy nie. Maciek tyle właśnie mierzy. (Wiem natomiast, że członek wielkości 17 cm to wystarczająco dużo. Przynajmniej dla mnie.) W porównaniu ze swoimi kolegami z partii jest wyjątkowo wysoki, cha, cha...
Czy mówiłam już, że Maciek jest przydupasem
Marcinkiewicza? Coraz mniej czasu mamy dla siebie, bo on z dnia na dzień bardziej i bardziej zaganiany jest przy wyborach. Mnie to akurat odpowiada.
Lubię myśleć, że go „mam”.
Ale, nie mam ochoty spędzać z nim całego swojego
wolnego czasu. Chociaż czasami czuję się jak dziwka, jak
nie widujemy się tydzień, a potem on przeleci mnie w tym swoim
samochodzie (na rozkładanym z tyłu łóżku). Tak się właśnie czułam w piątek. Było jeszcze w miarę ciepło i ładnie. (Teraz sobie pomyślałam co to ma do rzeczy?).
Maciek nie będzie moim mężem, ale cieszę się, że jest.
On sam mówi mi, że „byłoby inaczej gdybym chciała z nim założyć rodzinę”.
Wtedy poświęcałby mi więcej czasu. A ja czuję, że to założenie rodziny to
dla niego kolejna zagrywka polityczna. Debil!
Moja ciotka od razu go wyczuła. Kilka miesięcy temu, zaprosiła mnie z
Maćkiem na obiad. Bardzo dużo wtedy ze sobą rozmawiali, chociaż przede
wszystkim o polityce. Po tym spotkaniu ciotka powiedziała mi, że „dla
takiego pokroju ludzi, miłość zawsze będzie na drugim miejscu”. Mnie to
teraz, ani ziębi ani grzeje. Może gdyby wyznał mi, że mnie kocha bardziej byłabym zaangażowana. Na teraz przynajmniej dobrze mnie pieprzy. A tak w ogóle to wkrótce znowu polecę do Izraela!